Bruksela w defensywie. Czy Unia umie rozliczać własne elity?

· Publikacje

Afera korupcyjna z unijną służbą dyplomatyczną wstrząsnęła Unią Europejską. Jak unijne instytucje mogą odbudować wizerunek i sprawić, że UE będzie wiarygodnym punktem odniesienia dla państw kandydujących do Wspólnoty, takich jak Ukraina?

Autor: Aleksandra Krzysztoszek

Afera przetargowa, która wybuchła na początku grudnia, podkopała wiarygodność unijnych instytucji z trzech powodów. Po pierwsze dotyczyła kluczowego dla funkcjonowania UE organu, jakim jest Europejska Służba Działań Zewnętrznych – padły podejrzenia, że mógł on ustawić przetarg w taki sposób, by wygrał go określony podmiot prywatny.

Po drugie, jedną z trzech oskarżonych w sprawie osób jest niegdyś czołowa postać w strukturach UE, była szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini. Choć sprawa odnosi się do czasów, gdy była ona już nie unijną minister spraw zagranicznych, a rektorem Kolegium Europejskiego, to jej wcześniejsza funkcja nie jest tutaj bez znaczenia. Wcześniej, jako wysoka przedstawiciel UE do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa, nadzorowała ona bowiem ESDZ.

Śledczy badają, czy mogła ona mieć wiedzę o ustawieniu przetargu lub wręcz wykorzystać swoje kontakty w tym organie, aby doprowadzić do wygrania przetargu przez podległą sobie uczelnię.

Co więcej, inna osoba oskarżona w sprawie, ówczesny sekretarz generalny ESDZ Stefano Sannino to nie tylko rodak Mogherini, ale oboje wywodzą się z tej samej partii – centrolewicowej włoskiej Partii Demokratycznej (PD). To dodatkowy aspekt sprawy, który może uwiarygadniać podejrzenia.

W ramach dochodzenia prowadzonego przez Prokuraturę Europejską (EPPO) Mogherini, Sannino i Cesare’a Zegrettiego z Kolegium Europejskiego rankiem 2 grudnia zostali aresztowani, przeprowadzono też rewizję w ich mieszkaniach oraz w siedzibie ESDZ i kampusie Kolegium Europejskiego w Brugii. Jeszcze tej samej nocy wszystkich troje wypuszczono za kaucją, ponieważ nie stwierdzono ryzyka, że będą próbowali uciec przed wymiarem sprawiedliwości.

Wszystkim trojgu EPPO postawiła jednak zarzuty, dotyczące korupcji, konfliktu interesów, defraudacji unijnych funduszy i zdradzenia tajemnicy zawodowej. Jednocześnie Prokuratura Europejska podkreśliła w wydanym oświadczeniu, że dopóki belgijskie sądy nie udowodnią im przestępstwa, obowiązuje ich domniemanie niewinności.

Jak to zwykle bywa z podobnymi aferami, kontrowersje są tym większe, gdy oskarżenia dotyczą znanych postaci, zwłaszcza takich, które dotychczas nie były zamieszane w podobne skandale. Mogherini w przeszłości zarzucano wiele – w tym zbytnią uległość wobec Kremla czy innych reżimów – ale jej nazwisko nigdy dotychczas nie padło w kontekście podejrzeń o poważne przestępstwo.

Nie pierwsza taka sprawa

„EEAS–gate”, jak nazwały ją anglojęzyczne media, to jednak kolejna w ostatnich latach afera na szczytach władzy w unijnych instytucjach – po „Katargate” i „Pfizergate”. W tej pierwszej chodziło o potencjalne korumpowanie czołowych europosłów przez państwo trzecie (Katar), w drugiej – o nieujawnienie wiadomości dotyczących zawarcia przez Komisję Europejską kluczowego dla Unii kontraktu.

„Katargate” wybuchła pod koniec 2022 r. W skandal zamieszani byli ówcześni europosłowie oraz ich współpracownicy, w tym była wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego, Greczynka Ewa Kaili. Podejrzenia dotyczyły utworzenia grupy, która próbowała wpływać na politykę i rezolucje PE dotyczące Kataru i Maroka w zamian za duże sumy pieniędzy. Mieli też werbować do współpracy innych europarlamentarzystów.

9 grudnia 2022 r. belgijska policja przeprowadziła 20 nalotów pod 19 różnymi adresami w całej Brukseli, w wyniku czego aresztowano osiem osób w Belgii i we Włoszech. Sprawa do tej pory nie została ostatecznie wyjaśniona.

Aferę „Katargate” z najnowszym skandalem łączy nie tylko korupcyjny charakter zarzutów, ale też to, że w obu przypadkach większość spośród głównych oskarżonych to albo Włosi, albo członkowie Partii Europejskich Socjalistów (lub jej grupy w Europarlamencie), albo i jedno, i drugie.

Druga afera, która doprowadziła do procesu sądowego, „Pfizergate”, odnosiła się osobiście do przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen i niejawnej korespondencji SMS między nią a szefem Pfizera Albertem Bourlą w trakcie negocjacji kontraktu na szczepionki przeciw COVID–19.

Sprawa trafiła do Trybunału Sprawiedliwości UE po skargach „New York Timesa” na odmowę Komisji Europejskiej ujawnienia SMS–ów. W maju br. Sąd UE orzekł, że Komisja „nie przedstawiła wiarygodnego wyjaśnienia, które uzasadniałoby” odmowę udostępnienia dziennikarzowi wiadomości.

Do tego dochodzą kontrowersje wokół byłego komisarza UE ds. wymiaru sprawiedliwości i praworządności Didiera Reyndersa, który podejrzany był o pranie pieniędzy. Miał on kupować losy na loterię za pośrednictwem organizacji, którą kierował jako minister w latach 2007–2011. Polityk miał następnie przelewać wyprane zyski na swoje prywatne konto.

Podwójne standardy?

Sprawa Mogherini „to nie jest pojedynczy incydent, lecz kolejny dowód na systemowy problem elit UE”, ocenia w rozmowie z EURACTIV.pl europoseł PiS Bogdan Rzońca. – Od lat obserwujemy ten sam mechanizm: zamknięty krąg władzy w Brukseli, brak realnej kontroli i zamiatanie afer pod dywan – stwierdza.

– Wszystko to podkopuje wiarygodność instytucji, które same siebie stawiają w roli moralnego arbitra – wskazuje Rzońca.

Według niego „szczególnie rażące” jest to w kontekście kwestii dyscyplinowania rządu PiS w sprawie praworządności w latach 2015–2023, gdy Bruksela „bez skrupułów używała hasła «praworządności» jako narzędzia politycznej presji, bo w Warszawie nie rządził ich polityczny sojusznik – Donald Tusk i Platforma Obywatelska”.

– Dziś widać wyraźnie, że obowiązują podwójne standardy: wobec państw członkowskich, które stawiają się lewicowej agendzie, nakładanie kar i marginalizowanie, a wobec własnych elit cisza – konkluduje Rzońca.

Podobnego zdania jak Rzońca jest Anna Bryłka z Konfederacji. – Kolegium Europejskie to najważniejsza uczelnia przygotowująca kadry instytucji unijnych, mająca zachowywać najwyższe standardy i gwarantować obywatelom UE jakość, a Mogherini to polityk, która pięć lat występowała w imieniu UE na całym świecie – zwraca uwagę w rozmowie z EURACTIV.pl.

Odnosząc się do kontrowersji wokół Reyndersa, wspomina natomiast o podejrzeniach wokółł jego związków z kremlowskim oligarchą Olegiem Deripaską. – Taki człowiek był najwyższym unijnym urzędnikiem zajmującym się wymiarem sprawiedliwości, przy okazji pouczającym kraje członkowskie – w tym Polskę – na temat praworządności – podkreśla.

Wskazuje przy tym, że jego dom przeszukano dopiero kilka dni po tym, jak skończyła mu się kadencja w KE, a von der Leyen została zatwierdzona na kolejną kadencję w roli szefowej KE. – To z pewnością przypadek – ironizuje Bryłka.

– Mam nadzieję, że media, opinia publiczna i politycy opozycji będą naciskać na rzetelne wyjaśnienie każdej z tych spraw. Nie możemy pozwolić na ich zamiecenie pod dywan wskutek zależności koteryjno-towarzyskich na szczytach instytucji unijnych – zaznacza.

Zdaniem europosła Lewicy Roberta Biedronia w sprawie Mogherini i unijnej służby dyplomatycznej „należy oczywiście wszystko bardzo dokładnie zbadać i wyciągnąć odpowiednie wnioski”.

– Natomiast dobrze wiemy, że korupcja jest niestety zjawiskiem obecnym na całym świecie, i nie ma dowodów na to, aby instytucje unijne były bardziej „korupcjogenne” niż instytucje narodowe lub podmioty prywatne – uważa Biedroń.

Korupcja w UE a Ukraina

Mimo że nikomu winy jeszcze nie udowodniono, wśród krytyków unijnego mainstreamu rozgorzała dyskusja o korupcji na szczytach unijnych instytucji. Sytuację odnoszono do najnowszej afery korupcyjnej w ukraińskich władzach.

Wybuchła ona 10 listopada, gdy Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) poinformowało, że w ramach trwającej ponad 15 miesięcy operacji Midas pod szyldem państwowej spółki zarządzającej ukraińskimi elektrowniami jądrowymi Enerhoatom wyłudzono co najmniej 100 mln dolarów.

Według ustaleń śledczych NABU firmy współpracujące z Enerhoatomem były zmuszane do uiszczania wysokich łapówek – sięgających 10-15 proc. wartości kontraktu. Pieniądze te trafiały do wysokich rangą urzędników państwowych oraz biznesmenów z bliskiego otoczenia prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, którzy mieli je pobierać, dzielić między sobą i prać. Odmowa zapłaty oznaczała wstrzymanie należności oraz skreślenie z listy dostawców.

Z „tysięcy” godzin nagrań zgromadzonych przez NABU wynika, że w proceder zamieszani byli m.in. Timur Mindicz – właściciel studia telewizyjnego Kwartał 95, założonego niegdyś przez prezydenta Zełenskiego – oraz jego wspólnik, biznesmen Ołeksandr Cukerman. Obaj zdążyli opuścić Ukrainę jeszcze przed wybuchem skandalu.

Ugrupowania na prawo od głównego nurtu zarzucały Brukseli, że nie jest wiarygodna w pouczaniu Ukrainy, sama borykając się z podobnymi aferami.

Rzecznik węgierskiego rządu Zoltan Kovacs napisał na platformie X, że „to zabawne, jak Bruksela poucza wszystkich na temat «praworządności», podczas gdy jej własne instytucje bardziej przypominają serial kryminalny niż funkcjonującą unię”.

W innym poście w odniesieniu do tej samej afery stwierdził, że ESDZ „pełni rolę faktycznej siedziby prowojennej, proukraińskiej elity politycznej UE”, a jej kierownictwo „propagowało błędną wizję, zgodnie z którą wojna wymaga bezwarunkowego, długoterminowego wsparcia finansowego i politycznego dla Kijowa, a także całkowitej izolacji i oczerniania Rosji”.

Z kolei w odniesieniu konkretnie do Mogherini przypomniał, że w 2019 r. jako szefowa dyplomacji UE ogłosiła ona, iż Ukraina w ciągu jej kadencji otrzymała największe wsparcie z UE w historii Wspólnoty, 15 mld euro od 2014 r.

Przemilczał natomiast, że Włoszkę znacznie częściej oskarżano w przeszłości o coś zupełnie odwrotnego: o zbyt łagodną politykę wobec Rosji czy wręcz proputinowskie sympatie.

„Zarówno w Brukseli, jak i w Kijowie pojawia się ten sam schemat: nieprzejrzyste przetargi, sieci kontaktów wewnętrznych, faworyzowane instytucje i pieniądze, które przemieszczają się szybciej niż nadzór jest w stanie nadążyć”, ocenił Kovacs.

Głos w sprawie zabrali nawet ci, którzy sami w przeszłości mieli bądź obecnie mają postawione zarzuty lub nawet zostali skazani. Ułaskawiony przez Andrzeja Dudę w ubiegłym roku Mariusz Kamiński, obecnie europoseł PiS, stwierdził, że Unia „wciąż nie chce wypowiedzieć wojny przestępczości korupcyjnej we własnych szeregach”.

„Sprawa «Katargate», afera wokół Reyndersa, korupcyjne wątki wokół Mogherini, korupcyjno–szpiegowska działalność Rosji na forum PE i UE – żadna z tych wielkich spraw nie obudziła liberalno–lewicowego establishmentu Unii. Puste oburzenie ważniejsze niż oczyszczenie UE z korupcyjnych powiązań”, napisał w serwisie X.

Europarlament podzielony. „Nie pozwolimy tego zamilczeć”

Spór zaogniła rzekoma odmowa włączenia tematu korupcji w UE w konteście afery przetargowej do programu grudniowej sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego. Jak pisaliśmy w EURACTIV.pl, na przeprowadzenie takiej debaty miały naciskać skrajnie prawicowe grupy Patrioci dla Europy i Europa Suwerennych Narodów (do obu należą europosłowie Konfederacji).

Według źródeł w PE większość popierająca obecną Komisję Europejską, a więc chadecy, socjaliści, liberałowie i Zieloni, zablokowali jednak uwzględnienie w programie sesji punktu dotyczącego „pilnej potrzeby zbadania przejrzystości i odpowiedzialności instytucji UE”.

Na nasze pytanie, czy Patrioci dla Europy będą naciskać na przeprowadzenie debaty przy okazji kolejnych sesji PE, Anna Bryłka odpowiada twierdząco. – Będziemy wracać do zagadnienia korupcji w instytucjach UE, nie pozwolimy go zamilczeć – deklaruje.

Również Rzońca z PiS, partii należącej do grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, uważa, że debata o korupcji w unijnych strukturach „jest konieczna już teraz”. – Odkładanie jej pod pretekstem, że jest „za wcześnie” to kolejny przykład ochrony brukselskich elit przed polityczną odpowiedzialnością – uważa.

Zgadza się z nim jego partyjna koleżanka Jadwiga Wiśniewska. – Taka debata zdecydowanie powinna się odbyć, bo transparentność funkcjonowania instytucji unijnych powinna być nadrzędną wartością – wskazuje w komentarzu dla EURACTIV.pl.

Przyznaje, że nie dziwi ją jednak, iż „liberalno–lewicowa większość chce po raz kolejny zamieść sprawę pod dywan”. Jej zdaniem od lat ma miejsce ten sam modus operandi.

– Wszelkie dyskusje niewygodne dla środowiska, które wybiera Komisję Europejską i de facto narzuca ton w UE, próbuje się wyciszyć i zbagatelizować. Z demokracją, praworządnością i transparentnością nie ma to wiele wspólnego – uważa Wiśniewska.

Prawica nie widzi belki we własnym oku?

Innego zdania jest Michał Kobosko, według którego z debatą nie należy się spieszyć. – Nie mamy na razie żadnych informacji, które mogłyby być podstawą do merytorycznej debaty w PE – mówi w komentarzu dla EURACTIV.pl europoseł Polski 2050, należącej w Europarlamencie do liberalnej frakcji Odnowić Europę.

Według niego skrajnej prawicy chodzi jedynie „o kolejną awanturę i okazję, by uderzyć w projekt europejski”.

Robert Biedroń zwraca natomiast uwagę, że ta sama prawica, która naciska teraz na debatę o korupcji w instytucjach UE, „sama jest obiektem śledztwa dotyczącego defraudacji ponad 4 milionów euro przez ich frakcję w Europarlamencie”.

W lipcu Prokuratura Europejska (EPPO) wszczęła formalne dochodzenie w sprawie zarzutów dotyczących nadużywania funduszy Unii Europejskiej przez grupę Tożsamość i Demokracja (ID), nieistniejącą już skrajnie prawicową frakcję w Parlamencie Europejskim, do której należało m.in. francuskie Zjednoczenie Narodowe (RN) Marine Le Pen.

W odrębnej sprawie, na początku tego roku, sąd w Paryżu skazał Le Pen za nadużywanie funduszy unijnych w związku z fikcyjnym zatrudnianiem asystentów parlamentarnych i orzekł wobec niej pięcioletni zakaz kandydowania w wyborach. Le Pen odwołała się od tego wyroku.

– Apeluję więc do wszystkich, abyśmy nie nabierali się na takie tanie sztuczki skrajnej prawicy – mówi Biedroń, zastrzegając jednak, że korupcja „jest zjawiskiem patologicznym i należy z nią walczyć zawsze i wszędzie, niezależnie od barw politycznych”.

Odrzuca też argumenty, jakoby jego frakcja socjalistów i demokratów w PE próbowała przykryć sprawę tylko dlatego, że dotyczy ona „ich” ludzi – zarówno Mogherini, jak i Sannino wywodzą się z włoskiej Partii Demokratycznej, należącej do Partii Europejskich Socjalistów.

– Frakcja zareagowała właściwie, natychmiast wzywając odpowiednie służby do należytego zbadania sprawy. Nie wiem, w jaki sposób wykrzykujący antyunijne frazesy populiści mieliby pomóc w śledztwie – kwituje europoseł Lewicy.

Walka o kierunek integracji UE

Unijne instytucje mają problem z przejrzystością działania, mówi w rozmowie z EURACTIV.pl politolog dr Spasimir Domaradzki z Uniwersytetu Warszawskiego. W sprawie Mogherini i Sannino „mówimy o przypadku, który ujrzał światło dzienne, ale nie można udawać, że w procesie integracji europejskiej nie było afer korupcyjnych”, zwraca uwagę.

– Mimo wysiłków na rzecz demokratyzacji integracji europejskiej jej legitymacja wciąż jest w dużej mierze wtórna. Mamy wprawdzie wybory do Parlamentu Europejskiego, ale mechanizm przełożenia woli wyborców na decyzje polityczne wciąż pozostawia wiele do życzenia – uważa ekspert.

Podkreśla on, że takie afery stanowią wodę na młyn dla ugrupowań krytycznych wobec dalszej integracji europejskiej i obecnej filozofii politycznej Unii. – To dla nich dowód – choć często nieuczciwie interpretowany – że instytucje unijne są podatne na nadużycia wynikające z zajmowanych stanowisk i sieci zależności. Dlatego takie przypadki trzeba nagłaśniać i konsekwentnie doprowadzać do końca – zaznacza Domaradzki.

Z drugiej strony, jak wskazuje nasz rozmówca, dla skrajnej prawicy sam fakt istnienia procesu integracji jest politycznym „grzechem”. – Każdy incydent, który można przedstawić jako dowód patologii, jest wykorzystany i rozdmuchany – uważa.

Jego zdaniem obecnie obserwujemy w Europie ideologiczną walkę o przyszły kierunek integracji.

– Każda wizja – zarówno ta pogłębiająca integrację, jak i ta całkowicie ją odrzucająca – korzysta z sukcesów i potknięć Unii. Każdy przykład wskazujący na możliwe patologie staje się argumentem w tej debacie – zwraca uwagę.

Takie przypadki, jak najnowsza afera korupcyjna łatwo stają się paliwem dla eurosceptyków, ponieważ bardzo łatwo je nagłaśniać i bez trudu wpisywać w narrację o rzekomej „brukselskiej biurokracji” – świetnie opłacanej, żądnej przywilejów i podejmującej decyzje ponad głowami polityków oraz społeczeństw, zgadza się dr Piotr Buras, dyrektor warszawskiego biura Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych (ECFR) i ekspert do spraw polityki europejskiej i Niemiec.

– Teraz dodatkowo pojawia się jeszcze teza, że biurokracja ta jest kompletnie skorumpowana. To wszystko doskonale pasuje do opowieści, która dziś funkcjonuje w debacie publicznej niemal na każdym kroku – wskazuje Buras w rozmowie z EURACTIV.pl. Według niego ma to dla UE negatywne skutki niezależnie od tego, jakie ostatecznie będą ustalenia.

Wzmocnienie przejrzystości kluczowym krokiem

Jedyną rozsądną odpowiedzią na problem wykorzystywania afer korupcyjnych w UE przez siły eurosceptyczne może być pełna transparentność postępowania – „zarówno jeśli chodzi o samo dochodzenie, jak i o jasne wyjaśnienie, skąd wziął się problem – oraz oczywiście ukaranie winnych, jeżeli zarzuty się potwierdzą”, wskazuje Buras.

– Podobne przypadki mamy przecież w Ukrainie, Polsce i w innych krajach. Fakt, że zdarzają się przypadki korupcji i nadużyć, jest niestety elementem rzeczywistości, w której funkcjonują współczesne społeczeństwa. Również struktury Unii Europejskiej nie są na to całkowicie odporne – zwraca uwagę.

– Nie stworzymy świata wolnego od afer – zgadza się Domaradzki. Dodaje jednak, że kluczowe dla obrony procesu integracji jest coś innego: skuteczność w wykrywaniu i zwalczaniu takich nadużyć oraz pełna transparentność całego procesu wyjaśniania.

Tak samo uważa Buras, choć jego zdaniem „nie należy mieć złudzeń, że przekona to wszystkich”. – W dzisiejszej debacie publicznej fakty mają bowiem ograniczoną siłę przebicia. Nawet jeśli wszystko zostanie przeprowadzone zgodnie z procedurami, nadal będą krążyć fałszywe narracje, cyniczne interpretacje i spreparowane tezy – podkreśla ekspert.

– Mimo to jest to jedyna droga, którą instytucje unijne powinny podążać: nie ukrywać problemu, nie wypierać go, lecz w sposób transparentny dochodzić prawdy i pokazywać skuteczność organów powołanych do ścigania tego rodzaju nadużyć – konkluduje.

Zdjęcie: Federica Mogherini / Fot. Łukasz Kobus (CC BY 4.0) [European Union - Source: EC - Audiovisual Service]