Polska coraz wyraźniej odczuwa skutki kryzysu klimatycznego: rosnące temperatury i zmieniający się rozkład opadów sprawiają, że susze stają się częstsze i bardziej dotkliwe. Prof. dr hab. Jacek Piskozub ostrzega: kraj stopniowo zbliża się pod względem zasobów wodnych do znacznie suchych regionów świata, a brak odpowiednich działań retencyjnych może w zagrozić zarówno rolnictwu i bezpieczeństwu wodnemu mieszkańców.
Author: Adam Radoliński
Adam Radoliński, FocusEurope.pl: Kryzys klimatyczny i susza w coraz większym stopniu dotykają gospodarki oraz mieszkańców Europy, w tym również Polski. Czy Polska pod względem zasobów wodnych zbliża się do Egiptu?
prof. dr hab. Jacek Piskozub: Tak, można powiedzieć, że się zbliża, choć oczywiście jest to proces złożony. Zacznę szerzej, bo mówimy o suszy w Europie i w Polsce, ale problem ma charakter globalny i jest bezpośrednio związany z globalnym ociepleniem — co w zasadzie nie budzi już większych wątpliwości. Niedawne analizy, wykorzystujące nowoczesne indeksy suszy, które uwzględniają nie tylko opady, ale także parowanie, pokazują bardzo wyraźny trend. Wcześniej suszę oceniano głównie na podstawie opadów; dziś wiemy, że równie ważne jest parowanie, które rośnie wraz z temperaturą. W analizach porównujących wcześniejsze dekady z ostatnimi latami widać, że przeciętny obszar suszy w skali roku zwiększył się z około 10% powierzchni kontynentów do około 30%. To bardzo dużo. W Europie również obserwujemy ten trend — przy czym mniej więcej połowa wynika ze spadku opadów, a druga połowa właśnie ze wzrostu parowania. Zjawisko to dotyczy niemal całej Europy, z wyjątkiem Skandynawii, i obejmuje także Polskę. Od wielu lat obserwujemy pas suszy biegnący między Alpami a Bałtykiem — przez wschodnie Niemcy, Polskę i kraje bałtyckie. Można postawić hipotezę, że wiąże się to z przesuwaniem stref klimatycznych, czyli granicy między powietrzem atlantyckim a śródziemnomorskim. Kiedyś przebiegała ona mniej więcej na wysokości Alp i Karpat, dziś coraz częściej przesuwa się na północ — aż w okolice Bałtyku. W efekcie Polska coraz bardziej wchodzi w reżim klimatyczny południowej Europy. Niestety, Polska nie jest do tego dobrze przygotowana. Przez lata dominowało podejście melioracyjne, ponieważ problemem był nadmiar wody, a nie jej brak. Dopiero od niedawna zaczyna się myśleć o retencji, zbiornikach wodnych i odtwarzaniu rozlewisk. To jednak wciąż nowe podejście, które nie wszędzie zostało wdrożone.
Czy w Polsce możemy mówić o tzw. suszach błyskawicznych, w kontekście rolnictwa i upraw?
Nie spotkałem się z tym terminem, ale rozumiem, o co chodzi. Nawet kilka dni upału może prowadzić do pogorszenia warunków wilgotnościowych. Były sytuacje — jak w Małopolsce w 2012 roku — kiedy przy przeciętnych opadach zaczęły wysychać studnie i pojawiła się susza hydrologiczna. To pokazuje, że nie chodzi tylko o sumę opadów, ale o ich rozkład oraz obecność słońca, które zwiększa parowanie. W przeszłości latem zdarzały się długie okresy deszczowe i mniejsze parowanie. Dziś częściej mamy krótkie, intensywne opady oraz długie okresy słoneczne, co zmienia bilans wodny.
Jak to wpływa na rolnictwo?
Kluczowa jest wilgotność gleby, która w ostatnich latach jest zbyt niska. Modele meteorologiczne często przewidują więcej opadów, niż faktycznie obserwujemy. Wynika to m.in. z tego, że parowanie w modelach jest parametryzowane, a nie mierzone bezpośrednio, co może prowadzić do błędów. Coraz częściej obserwuje się też zjawiska, które wcześniej były w Polsce rzadkie — na przykład fronty atmosferyczne, z których nie ma opadów. Kiedyś było to nie do pomyślenia, dziś się zdarza. Mechanizm ten jest sprzężeniem zwrotnym: im cieplej, tym większe parowanie, tym suchsza gleba; a im suchsza gleba, tym mniej wilgoci w atmosferze i mniej opadów. To pogłębia suszę. Od około 10 lat wiemy też, że warunkiem koniecznym dla letnich fal upałów jest sucha wiosna. Sucha gleba oznacza mniejsze parowanie i większe nagrzewanie powierzchni, co prowadzi do ekstremalnych temperatur. W skali lokalnej działa to podobnie jak globalne ocieplenie. Dotąd Polska miała pewne szczęście — fale upałów występowały wokół nas, ale rzadziej u nas. Jednak trudno zakładać, że będzie to trwała cecha klimatu. Przykłady z innych krajów pokazują, że wielotygodniowe fale upałów są możliwe także na tej szerokości geograficznej. Ich skutki to nie tylko problemy dla rolnictwa, ale także wzrost śmiertelności, szczególnie wśród osób starszych.
Czy w Polsce podejmowane są działania przeciwdziałające suszy?
Z mojej perspektywy — jako członka komitetu PAN ds. kryzysu klimatycznego — widać, że nadal dominuje myślenie melioracyjne. Wciąż częściej myśli się o odprowadzaniu wody niż o jej zatrzymywaniu w krajobrazie. Tymczasem konieczne jest odtwarzanie rozlewisk i zwiększanie retencji. Istnieje ryzyko, że w przyszłości Wisła na niektórych odcinkach latem może przestać płynąć. Już dziś obserwujemy bardzo niski poziom wody w Warszawie.
Co to oznacza dla miast i ekosystemów?
Ekosystemy doliny Wisły na pewno na tym ucierpią, bo nie są do tego przystosowane. Poważniejszy problem dotyczy jednak zaopatrzenia w wodę pitną. Warszawa korzysta częściowo z ujęć wiślanych, więc niedobory wody mogłyby być bardzo groźne. W Gdańsku sytuacja wygląda inaczej, ponieważ miasto nie opiera się w dużym stopniu na wodach powierzchniowych, choć i tam pojawiają się problemy, np. ryzyko zasalania ujęć położonych blisko morza. To pokazuje, że każde miasto ma inny zestaw zagrożeń. Problemy dotyczą też energetyki. Lokalizacja elektrowni bywa ograniczona dostępnością wody chłodzącej. Przykładowo, w rejonie Bełchatowa dostępność wody już dziś jest problemem. To pokazuje, że nie tylko rolnictwo, ale i przemysł mogą cierpieć z powodu suszy.
Czy rozwiązania takie jak odsalanie czy sztuczne wywoływanie opadów mają sens w Polsce?
Sztuczne wywoływanie opadów działa tylko przy dużej wilgotności atmosfery — nie tworzy deszczu z niczego. W warunkach suszy jest nieskuteczne. Odsalanie wody jest możliwe, szczególnie nad Bałtykiem, ale wymaga dużych nakładów energii. W praktyce oznaczałoby to konieczność budowy dodatkowej infrastruktury energetycznej, co rodzi kolejne konsekwencje środowiskowe.
Czy w Polsce może pojawić się migracja klimatyczna?
Raczej nie w dużej skali. W Wielkopolsce mówi się o stepowieniu, ale oznacza to raczej zmianę upraw niż opuszczanie terenów. Polska wciąż jest bardziej wilgotna niż południe Europy, choć zmiany są wyraźne. Najważniejsze jest to, że wykraczamy poza naturalną zmienność klimatu, do której przystosowane są ekosystemy.
Jakie działania powinny być podjęte?
Przede wszystkim należy przywracać naturalny charakter dolin rzecznych i zwiększać retencję — także w miastach. Kluczowa jest jednak dekarbonizacja, ponieważ główną przyczyną problemu jest antropogeniczna zmiana klimatu. Bez ograniczenia spalania paliw kopalnych sytuacja będzie się pogarszać.

Kierownikiem Zakładu Dynamiki Morza i przewodniczącym Rady Naukowej w Instytucie Oceanologii Polskiej Akademii Nauk w Sopocie.
