Europa na własnej skórze doświadcza prawdziwości słów Trockiego: „Możesz nie interesować się wojną, ale wojna interesuje się tobą” – mówi prof. Mark Galeotti*, londyński analityk polityki rosyjskiej, autor niedawno wydanej książki „The Weaponisation of Everything” w wywiadzie z EURACTIV Polska.
Karolina Zbytniewska, EURACTIV.pl: W książce „Weaponization of Everything” pisze Pan, że Rosjanie nie wzięli pod uwagę tego, jak zmienia się sposób prowadzenia wojny. Biorąc to mniej lub bardziej świadome zaniedbanie pod uwagę, jak my, Zachód, powinniśmy stawić czoła wojnie Putina?
Prof. Mark Galeotti: W Ukrainie toczy się straszliwa wojna kinetyczna. Ale, co ciekawe, podejście Zachodu jest całkowicie asymetryczne: wykorzystujemy wojnę ekonomiczną, kulturową i informacyjną przeciwko Rosji.
Rosja również prowadzi wojnę hybrydową.
Tak, ale na tym właśnie polega różnica. Zachód wykorzystuje cały wachlarz środków niekinetycznych. Tylko. Nasi wrogowie także, ale oni używają również całej gamy środków zbrojnych.
Putin uświadomił nam, że czasy dywidendy pokoju – kiedy myśleliśmy, że zaoszczędzimy pieniądze na wydatkach wojskowych i przeznaczymy je na inne rzeczy – minęły.
Dziś znowu musimy zastanowić się, jak wydawać środki na wojnę w starym stylu, bo jak się okazało jest to nadal potrzebne, podobnie jak finansowanie wszystkich innych, bardziej nowoczesnych form prowadzenia wojny.
Zachód strasznie się rozleniwił po 1991 r. Myśleliśmy, że „najgorsze daleko za nami”, czyli możemy siedzieć z założonymi rękami i zastanawiać się, czy się gdzieś zaangażować, czy raczej nie. Teraz na własnej skórze doświadczamy prawdziwości słów Trockiego: „Możesz nie interesować się wojną, ale wojna interesuje się tobą”.
Jak Pan sądzi, dlaczego Putin teraz zdecydował się rozpocząć wojnę na pełną skalę?
Nie ma w tym żadnej oczywistej logiki. Być może właśnie w tym momencie udało się wreszcie zbudować siły, które uznał za wystarczające.
Im więcej mijało dni, które miały być datami rosyjskiej inwazji, tym bardziej Rosjanie mieli poczucie, że mogą Europejczyków zapytać: „Dlaczego Amerykanie was okłamują? Jak myślicie, w jakiej jeszcze sprawie was okłamują?”.
W międzyczasie Rosjanie stosowali wobec Ukrainy cały szereg środków hybrydowych, takich jak zastraszanie groźbą ataku okrążających ją sił zbrojnych, cyberataki, presja ekonomiczna, działalność dywersyjno-sabotażowa, wojna informacyjna, itd. Do tego momentu nie kosztowało ich to prawie nic. Wygrywali, ale to zaprzepaścili.
Putin nie jest dobry w grze na przeczekanie. Może wręcz po prostu się już znudził i pomyślał: „Czas coś zrobić, bo nie traktują mnie wystarczająco poważnie”. Gdyby był naprawdę sprytny i makiaweliczny, siedziałby spokojnie i czekał, aż kraje europejskie zmuszą Zełenskiego do ustępstw w imię bezpieczeństwa.
A więc inwazja była niespodzianką?
Dominowały wcześniej dwie szkoły myślenia. Niektórzy mówili: „Putin jest zły, chce dokonać inwazji i zawsze ją planował”. Z kolei analitycy wojskowi twierdzili: „Widzieliśmy to nagromadzenie sił zbrojnych, a możliwości odzwierciedlają intencje”.
Ja myślałem, że jest 30-40 proc. szans, że dojdzie do eskalacji, a 70-60 proc., że to tak daleko nie zajdzie. Ponieważ to nie ma sensu – to fatalne posunięcie! Ale także dlatego, że wszyscy, z którymi rozmawiałem w Moskwie, mówili, że do tego nie dojdzie. I rząd rosyjski dowiedział się o tym w tym samym czasie co my. To jeden z powodów, dla których panuje taki bałagan.
Musimy zdać sobie sprawę z tego, że mamy do czynienia z innym Putinem. Stał się skrajną formą samego siebie. I ten Putin przekonał sam siebie, że nastał czas na działanie i że pójdzie jak z płatka. To przekonanie wiele mówi o tym, jak mało rozumiał sytuację.
A może rzeczywiście zwariował?
Odrzucam tę myśl, bo może nam służyć jako usprawiedliwienie. Wiele z jego poglądów jest szalonych, ale myślę, że w jego czynach jest też wiele mrocznego racjonalizmu. Naszym problemem jest to, że próbujemy zrozumieć to jak widzi on świat opierając się wyłącznie na interpretacji jego przemówień.
Wiemy też o jego traumatycznym dzieciństwie, a dziś widzimy narcystycznego psychopatę czerpiącego przyjemność z upokarzania, a ostatnio także z zabijania innych.
Putin swoje relacje postrzega w kategoriach tego, kto jest dominujący, a kto słaby. Widzieliśmy to ostatnio na nadzwyczajnym posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa, gdy znęcał się nad swoim szefem wywiadu. I wyraźnie czerpał z tego przyjemność.
Nie była to relacja na żywo, ale nagranie, co oznacza, że podjęto świadomą decyzję o pokazaniu go w telewizji państwowej. Wycięto przemówienia innych osób, ale pokazano całemu światu, jak Putin pastwi się nad Siergiejem Naryszkinem. Trudno też nie pamiętać o tym jak z pewnością nieprzypadkowo napuścił swojego psa na bojącą się psów Angelę Merkel.
To z pewnością bardzo nieprzyjemny człowiek, który ma wiele kompleksów. Mogę tylko przypuszczać, że uwielbia demonstrować władzę nad innymi ludźmi.
Jak Pan sądzi, co jest główną przyczyną wojny według Putina?
Rosja po 1991 r. była historycznie lekceważona. W głowie Putina Zachód nie traktował jej poważnie, próbując odebrać jej należne miejsce wielkiego mocarstwa.
Myślę, że Euromajdan był tym momentem, w którym uznał, że Zachód idzie po Rosję. Mimo że mogło to być autentyczne i organiczne powstanie ludności przeciwko głupiemu, skorumpowanemu reżimowi, ale dla Putina to była robota CIA. Ameryka zorganizowała powstanie w kraju, który dla niego nie jest prawdziwym krajem, a częścią historycznego dziedzictwa Moskwy. Dla niego było to wypowiedzenie wojny przez Zachód. A on sam uważa się za obrońcę.
Tak więc Ukraina, która nie jest prawdziwym krajem i nie może wyrwać się z rosyjskiej strefy wpływów, a miałaby stać się częścią Zachodu, NATO? Putin ma bardzo manichejskie poczucie: jeśli Rosja traci, to zyskuje ktoś inny. Podczas gdy jego przeznaczeniem, dziejową rolą i tym, co da mu miejsce w podręcznikach historii, jest pokazanie, że nie z Rosją te numery. Rosja odeprze atak i zatriumfuje, jak w 1812 i 1941 r.
A to, że nie widzimy niemieckich czołgów przetaczających się przez granicę, nie oznacza przecież, że nie jest to atak. Wszystkie te rzeczy mieszają się w jego głowie. Ta jego niedorzeczna retoryka denazyfikacji.
Skąd wziął pomysł na denazyfikację?
Po pierwsze, retorycznie próbuje on owinąć tę wojnę w płaszczyk Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, aby uczynić ją bardziej przystępną dla ludu.
Po drugie, jest to sposób uzasadnienia, dlaczego trzeba zająć cały kraj. Denazyfikację można przeprowadzić tylko wtedy, gdy ma się kontrolę: „Nie, nie jesteśmy zainteresowani zajęciem Ukrainy, ale ponieważ musimy ją zdenazyfikować, oznacza to, że chwilowo będziemy musieli ją zająć”.
Po trzecie, na Ukrainie silnie obecni są ultranacjonaliści i neofaszyści, nawet w kręgach politycznych, mam na myśli grupy takie jak Azow. Putin koncentruje się na nich, zamiast przyjrzeć się masowemu, buzującemu, liberalnemu społeczeństwu obywatelskiemu, które w znacznie większym stopniu charakteryzuje Ukrainę.
Ale kto się z jego pomysłami nie zgodzi? Jest teraz w takim środowisku, w którym nikt nie ma odwagi mu się postawić, wszyscy tylko mu przytakują i przyklaskują.
Powiedział Pan ostatnio, że mordowanie ludności cywilnej przez Putina to wyraz rosyjskiego pragmatyzmu. W kontekście zbrodni wojennych brzmi to dość cynicznie.
To może być i pragmatyzm, i zbrodnia wojenna. Nie usprawiedliwiam tego. Chodzi mi o to, że jest w tym logika.
O wiele łatwiej jest zbombardować miasto, a potem zatknąć na szczycie flagę, niż wkroczyć do miasta i walczyć ulica po ulicy, kiedy w każdej piwnicy, na każdym dachu są obrońcy, którzy obrzucają czołgi koktajlami Mołotowa.
Dla niego to pragmatyzm w sensie minimalizacji ofiar po stronie rosyjskiej – siedzisz na zewnątrz, bombardujesz i ostrzeliwujesz, aż miasto się poddaje. Czy to zbrodnia wojenna? Oczywiście. Ale nie sądzę, aby Putin przejmował się zbrodniami wojennymi. Zabrnął za daleko.
Teraz przejdę do sankcji. Sankcje z 2014 r. nie były wystarczająco skuteczne. A te obecne?
Różnica jest ogromna. Zachód zaczął od sankcji finansowych, ale ze względu na ich skalę wpływają one także na handel. Począwszy od trywialnego wycofania się firm takich jak IKEA z Rosji, po bardziej dotkliwe sankcje na towary, które Rosja eksportuje. Chociaż ropa i gaz są wciąż przez Europę kupowane, to też może się zmienić. A to byłaby naprawdę bardzo poważna eskalacja.
Nigdy wcześniej nie widzieliśmy, aby wojna ekonomiczna na taką skalę była stosowana przeciwko gospodarce tej wielkości, tak bardzo powiązanej z systemem globalnym. Rosja to nie Korea Północna czy Iran.
Niektórzy ekonomiści z przekonaniem twierdzą, że system rosyjski będzie w stanie przetrwać. Inni, że system ten rozpadnie się w ciągu kilku miesięcy. Ale nikt tak naprawdę nie może tego wiedzieć – testujemy to pierwszy raz.
Chociaż na tym etapie wszystkie wysiłki koncentrują się na sankcjach gospodarczych, Zachód próbuje zdelegalizować obecność Rosji jako stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ. Słyszymy o Trybunale Haskim, zbrodniach wojennych – czyli o lawfare (*prawo stosowane jako broń w konflikcie).
Widzimy też wyraźnie, że trwa wielka kampania informacyjna nakręcana przez Zachód, mimo że to była zawsze specjalność Kremla. Teraz to Rosjanie jej doświadczają poprzez ataki cybernetyczne i próby rozpowszechniania narracji o Rosji w świecie i w samej Rosji.
Niektóre z nich mają na celu pokazanie prawdy i podważenie reżimowej propagandy. Niektóre wykraczają poza ten zakres. Wiem na pewno o kampaniach informacyjnych, które rozpowszechniają fałszywe historie w Rosji, mające na celu destabilizację i podważenie zaufania w środowisku Kremla. Tym razem Zachód działa znacznie szerzej niż sankcje.
Do tej pory świat powoli zmierzał w kierunku demilitaryzacji. Putin to odwrócił. Obserwujemy remilitaryzację. Czy nadal będziemy podążać tą drogą?
Ludzie mają tendencję do popadania w skrajności. Kiedy zdajemy sobie sprawę, że popełniliśmy błąd, przesadzamy w drugą stronę. Nie potrzebujemy dziś remilitaryzacji. Jest ona zbyt kosztowna. I Putin zaczyna to odkrywać. Ta wojna złamie jego system – nie ma co do tego wątpliwości. I będzie to bardzo przydatny przykład dla innych wojennych podżegaczy w przyszłości.
To co nam dziś potrzeba to korekta polityki bezpieczeństwa. Mam tu na myśli przede wszystkim Niemcy. Przez długi czas nie dbały zanadto o swój potencjał wojskowy, po części z bardzo słusznych powodów – chcąc pokazać, że to już nie ci sami Niemcy, ale też dlatego, bo mogli się bezpiecznie schronić pod wojskowym parasolem NATO.
Teraz widzą, że jeśli chce się być poważnym graczem na świecie, trzeba myśleć o swoich możliwościach militarnych. Z tej perspektywy, NATO-wskie 2 proc. PKB jest bardzo dobrym wyznacznikiem tego, ile powinny wynosić wydatki na cele wojskowe.
Czyli nie sądzi Pan, że konflikt rozleje się poza Ukrainę? Premier Mateusz Morawiecki napisał w Financial Times, że Bałtowie i Polska, mogą być kolejnymi celami Rosji.
To jest absolutnie niedorzeczne. Spójrzmy na kłopoty, jakie Rosjanie mają dziś w Ukrainie. Mają problem z kontrolą zajętych obszarów i zwalczaniem ukraińskiej obrony terytorialnej. Zmobilizowali nie tylko przytłaczającą większość swoich zawodowych sił zbrojnych, ale także rzucają rezerwy.
Rosja nie ma wolnych sił, które mogłaby skierować przeciwko NATO. Siły wojskowe, które zbudował Putin są dobre do zastraszania mniejszych sąsiadów – takich, którzy nie są częścią sojuszy wojskowych.
Tymczasem samo europejskie NATO, bez Amerykanów i Kanadyjczyków, ma więcej wojska niż cała Rosja razem wzięta. W tym kontekście uważam, że Polska i kraje bałtyckie mają tę przewagę, że mogą prezentować się jako frontowi obrońcy cywilizacji europejskiej.
Ukraina to kraj wielkości Afganistanu. Sowieci mieli w Afganistanie 150 tys. żołnierzy, wspieranych przez kolejne 100 tys. afgańskich żołnierzy sił bezpieczeństwa. Nie rozumiem, jak Rosja, z armią o wielkości jednej trzeciej armii sowieckiej mogłaby utrzymać ćwierć miliona żołnierzy w Ukrainie przez dłuższy czas, o ofensywie gdzieś indziej nie wspominając. Kraj taki jak Gruzja – być może, ale nie NATO.
Moje obawy dotyczą raczej wyniszczającej eskalacji punktowej, a nie czegoś w rodzaju wielkiego wybuchu. Takiej, jaką widzieliśmy w Czechach w 2014 r., kiedy zbombardowano magazyn broni, aby zakłócić dostawy na Ukrainę. Takich ataków będzie coraz więcej. Musimy znaleźć sposób, jak na nie reagować.
Co będzie dalej? Czy Rosja przejmie władzę w Kijowie i zainstaluje marionetkowy rząd?
Podejrzewam, że odpowiedź brzmi: tak. O ile logistyka nie jest jeszcze bardziej spaprana, niż nam się wydaje, w pewnym momencie zaczną wkraczać do Kijowa i prawdopodobnie będą to robić z maksymalną brutalnością, bo tak właśnie rosyjskie wojsko robi wojnę: spójrzmy na Grozny, na Aleppo.
Tak więc w końcu zajmą ruiny Kijowa i będą mogli zainstalować marionetkowy rząd. Ale to i tak nie zakończy wojny, bo Ukraińcy się nie poddadzą. Dlatego też każdy narzucony rząd, bez wsparcia rosyjskiego wojska, upadnie, prawdopodobnie w ciągu doby. W dodatku nikt go nie uzna. Póki co przecież nawet Chiny czy Białoruś nie uznały aneksji Krymu.
Będziemy więc świadkami wojny partyzanckiej. W pewnym sensie tragiczną ironią jest to, że Putin odtwarza partyzancką operację przeciwko okupantom, jaką znamy z Europy II wojny światowej. Ale ani to Rosji nie zniechęci, ani nie pokona. Ale wojna partyzancka powoli drenuje okupanta.
Może też Rosjanie zajmą Kijów tylko po to, by odnieść jakieś wyraźne zwycięstwo, a także by mieć kartę przetargową do porozumienia, po którym ostatecznie obsadzą tylko jakąś grupę na południowym wschodzie, w okolicach Mariupola, Krymu, Charkowa. Żadne z tych działań nie doprowadzi do zakończenia wojny i zniesienia sankcji, ewentualnie niewielkich zamian za ustępstwa humanitarne.
Mimo to dla większości Rosjan wszystko to będzie „sprzedawane” jako zwycięstwo Putina.
A prawda jest taka, że Putinowi udało się zrobić z Ukrainą to, co kiedyś z Polską. Stworzyli naród, który jest zarówno zjednoczony, jak i głęboko wrogi wobec Kremla. Jednocześnie sankcje już teraz mają katastrofalne skutki dla Rosji. Niekoniecznie doprowadzą do jej upadku, ale czasy, gdy Rosja była potężnym globalnym graczem, minęły. W dłuższej perspektywie będą mieli problemy z utrzymaniem swoich operacji w Syrii, nie mówiąc już o Wenezueli, Afryce itd.
Mimo że Rosjanie będą zadowoleni, słysząc zwycięską propagandę, to moim zdaniem jest to początek końca systemu Putina. Putin przegrywa, niezależnie od tego, jak się to potoczy.
Jaki jest obecnie najlepszy scenariusz dla Ukrainy?
Mówiąc realistycznie, najlepszy scenariusz w perspektywie najbliższego miesiąca to taki, w którym Rosjanie zdają sobie sprawę, że nie warto kontynuować tej operacji i szukają możliwości jej ograniczenia. Nie będzie to wycofanie się, ale być może będą skłonni skupić się z powrotem tylko na Donbasie i południowym zachodzie i zawrzeć porozumienie o nieagresji w pozostałej części kraju.
Wtedy ludzie będą mogli odbudować swoje miasta, a uchodźcy zaczną wracać do domów. Ukraina powinna wtedy od Zachodu otrzymać większe wsparcie wojskowe i zbudować swój własny system obronny. To jest kluczowe.
Mój najlepszy scenariusz w perspektywie roku jest już bardzo nierealistyczny, ale zasadniczo oznaczałby całkowite wycofanie się Rosjan z Donbasu, w zamian za ograniczone roszczenia, takie jak Krym. Wątpię, by teraz jakikolwiek rosyjski przywódca oddał Krym. Wszystko, tylko nie Krym. Rosjanom zależy na Krymie. Za to nigdy nie zależało im na Donbasie. Donbas był zawsze instrumentem służącym do wywierania presji na Ukrainę.
Jeśli ten scenariusz się nie wydarzy, musieliby wydawać kolejne 3 mld dolarów rocznie na subsydiowanie pseudorepublik ludowych.
A co z suwerenną Ukrainą?
Naród ukraiński oczywiście przetrwa. A jeśli Rosja nie zajmie całej Ukrainy, to wyobrażam sobie, że zostanie ona szybko włączona do struktur zachodnich. Jeśli nie przez pełne członkostwo w UE i NATO, to przynajmniej przez przyspieszoną ścieżkę akcesji, a także NATO-wskie gwarancje bezpieczeństwa, być może siły NATO na ukraińskiej ziemi.
A co z częściami zaanektowanymi przez Rosję?
Myślę, że Rosjanie będą mieli własną Ukrainę i będą próbowali przejąć ukraińskie miejsce w ONZ. Będziemy mieli do czynienia z sytuacją podobną do NRD i RFN, gdzie każdy z nas – Rosja i Zachód – będzie miał swoją własną Ukrainę.
Nadzieja Ukrainy na członkostwo w UE i NATO już teraz sprawia, że inne kraje mają takie same marzenia…
Wiele wynika z deklaracji budapesztańskiej. Chcieliśmy wtedy ukryć fakt, że nie planujemy przyjąć Ukrainy ani Gruzji do NATO. Mimo że nie było żadnych realnych oczekiwań, że w przewidywalnej przyszłości Ukraina będzie członkiem NATO, nie chcieliśmy też powiedzieć, że nie ma takiej opcji.
To, co zrobiliśmy, wystarczyło, by dać Ukraińcom fałszywą nadzieję, a jednocześnie zaniepokoić Rosjan i dać im odczuć, że jest to oferta przejęcia Kijowa. A w praktyce nie daliśmy Kijowowi żadnych dodatkowych gwarancji bezpieczeństwa.
Dziś widzę argumenty przemawiające za przyspieszonym członkostwem Ukrainy w NATO, ale tylko jeśli będziemy naprawdę tego pewni. Cały sens NATO polega na jego wiarygodności. Ale co, u licha, moglibyśmy zrobić w przypadku inwazji na Gruzję? Czy próbowalibyśmy zająć Sankt Petersburg? Jedną rzeczą jest obrona Ukrainy, która jest naszą sąsiadką, mielibyśmy tam swoje siły. W przypadku Gruzji nie jestem do końca przekonany, czy byłoby to wiarygodne.
Ale z całą pewnością uważam, że to, że Ukraina otrzyma w jakiejś formie członkostwo w NATO jest dziś zarówno słuszne, jak i nieuniknione.
Wielu fantazjuje o zamachu pałacowym na Kremlu… Jaki jest Pana pogląd na najbliższą przyszłość Putina?
Przewrót pałacowy jest mało prawdopodobny. Bo jest jedna rzecz, którą Rosjanie robią bardzo dobrze: bezpieczeństwo. Funkcjonuje tam bardzo złożona siatka agencji bezpieczeństwa, które wzajemnie się obserwują i kontrolują. Przejęcie władzy przez jedną z nich byłoby bardzo trudne.
Ponadto ludzie Putina straciliby bez niego jakąkolwiek legitymizację.
Putin w październiku skończy 70 lat. Szefowie służb bezpieczeństwa są z tego samego pokolenia. I to nie są mili ludzie. Pragmatyczni kleptokraci.
Patrząc na ich przemówienia, z jaką wygłaszają je pasją i jadem, wydaje się, że naprawdę wierzą w swoje słowa. Oni naprawdę wierzą, że Ukraina nie jest państwem, że NATO jest wrogim sojuszem, który próbuje osłabić, a może nawet podzielić Rosję.
Nie mam takiego poczucia ze strony młodszego pokolenia polityków. Myślę, że są to… jednostki, które pragną wolności.
A co z zamachem stanu zorganizowanym przez kogoś z zewnątrz, na przykład USA?
Warto zauważyć, że Amerykanom raczej nie wychodzą próby zamachów na przywódców. Na przykład Fidela Castro… próbowali tyle razy i na tyle sposobów, ale nigdy im się to nie udało.
Podczas gdy ochrona wokół Putina jest chorobliwie paranoiczna. Putin, podróżując po świecie, ma osobistego testera potraw, niczym średniowieczny monarcha.
Taki zamach miałby sens tylko o ile nie byłoby oczywiste, że jest to zagraniczna robota. Przy obecnym kryzysie w Moskwie i wszystkich rzeczach, które wkurzają ludzi, takich jak brak leków czy gotówki, oni nie obwiniają Putina. Mimo że nie są to ludzie proputinowscy, lecz liberalni, o zachodnich poglądach, oni obwiniają Zachód za sankcje, które ich dotykają.
A jak obecna sytuacja wpłynie na światowy porządek?
W znacznym stopniu ograniczy długo zapowiadany zwrot Ameryki w kierunku Azji (pivot to Asia – red.). Administracja Bidena bardzo chciałaby pójść tą drogą, ale Europa nie daje o sobie zapomnieć. Zwrot do Azji i tak zawsze miał nastąpić niejako „w przyszłym tygodniu”, a teraz zostanie jeszcze bardziej odłożony w czasie.
Trwająca wojna potwierdziła znaczenie NATO. Teraz prawdopodobnie będziemy świadkami przystąpienia Ukrainy, co utwierdzi nas w przekonaniu, że NATO jest zasadniczo sojuszem antyrosyjskim. Ciągle powtarzamy, że tak nie jest, ale bądźmy szczerzy: jest i póki co będzie.
Z kolei Unia Europejska od dawna mówi o tym, że stanie się podmiotem geopolitycznym i stworzy armię europejską, ale ja nadal podchodzę do tego sceptycznie. UE robi pewne rzeczy dobrze, ale jednocześnie bardzo źle radzi sobie z polityką bezpieczeństwa. I nie jestem przekonany, czy może ona dobrze dbać o swoje bezpieczeństwo, bez swojej broni.
Wiele osób pyta: jak to możliwe, że w XXI w. można wciąż strzelać do ludności cywilnej?
Te osoby prawdopodobnie nie zwróciły uwagi na to, co dzieje się na przykład w Jemenie. To jest europocentryzm. Ale prawdą jest, że takiej wojny nie było w XXI w. w… Europie.
Czy czasy takich wojen, gdy morduje się ludzi i niszczy ich domy kiedyś minie?
Niestety nie.
Prof. Mark Galeotti – główny dyrektor firmy konsultingowej Mayak Intelligence, profesor honorowy na University College London (UCL), Senior Associate Fellow w think tanku RUSI. Specjalizuje się w rosyjskim bezpieczeństwie i sprawach politycznych, współczesnych działaniach wojennych, wywiadzie oraz przestępczości międzynarodowej i zorganizowanej.
Zdjęcie: Galeotti: Wojna w Ukrainie to początek końca Putina [twitter]
