prof. Brendan Simms: Czy Putin to nowy Hitler?

· Publikacje

Tak jak Hitler w latach 20. ubiegłego wieku, tak i Putin w latach 90. poczuł, że wielkie mocarstwo zostało upokorzone i musi odbudować swoją pozycję w świecie – uważa prof. Brendan Simms, dyrektor Centrum Geopolityki i profesor historii europejskich stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie w Cambridge.

Autor: Karolina Zbytniewska

Karolina Zbytniewska, EURACTIV Polska: Jaki jest kontekst historyczny rosyjskiej inwazji na Ukrainę?

Prof. Brendan Simms: Najbardziej interesujące w obecnej wojnie jest to, jak ten historyczny kontekst się zmienił od czasu aneksji Krymu w 2014 r. Niecałą dekadę temu patrzyliśmy na Ukrainę przez pryzmat rzekomego podziału wewnętrznego: na zachód i wschód kraju, na ukraińskojęzycznych i rosyjskojęzycznych, a także w pewnym sensie na Ukrainę i Rosję w ujęciu historycznym.

Historyczne ramy dzisiejszej wojny pozostają zakorzenione w tamtym ujęciu. Rosyjska agresja wynika z planów Władimira Putina, który chce przywrócić nie tyle Związek Radziecki, co granice terytorialne dawnego Związku Radzieckiego.

Jest to ta sama rzecz geopolitycznie, ale inna ideologicznie. Innymi słowy, historyczne porównanie, którego dziś najchętniej byśmy się chwytali, nie jest tym z 2013-2014 r.

W tamtym czasie ludzie postrzegali Euromajdan jako wojnę domową z udziałem interwencji zewnętrznej. I ja wtedy myślałem, że wydarzenia z lat 2013-2014 mogły mieć korzenie w wewnętrznych rozłamach ukraińskich.

Ale po zajęciu Krymu stało się jasne, że było to starcie dwóch suwerennych państw: agresora – Rosji – i ofiary – Ukrainy. Teraz, po 24 lutego już przytłaczająca większość ludzi zgadza się, że ma miejsce ewidentny przypadek agresji zewnętrznej, niesprowokowany atak Federacji Rosyjskiej na suwerenne, niepodległe państwo ukraińskie. I dlatego instynktownie myślimy o Adolfie Hitlerze i jego planach przebudowy Europy.

Czy to zadowalające porównanie?

Prawdopodobnie zna Pani prawo Godwina – mówi ono, że w każdej dyskusji w internecie, w końcu wymieniony zostanie Hitler lub naziści. Innymi słowy, musimy być bardzo ostrożni, jeśli chodzi o inflację w stosowaniu tego porównania. Oczywiście Putin nie jest Hitlerem i są między nimi różnice. Mimo to uważam, że istnieją też pewne bliskie podobieństwa.

Podobieństwo można dostrzec w sposobie, w jaki Hitler pojawił się w latach 20. jako myśliciel i strateg, reagując na porażkę Niemiec w I wojnie światowej i poczucie narodowego upokorzenia. Myślę, że w przypadku Putina mamy do czynienia z dokładnie takim samym zjawiskiem.

Porażka Związku Radzieckiego nie była porażką militarną w jakimkolwiek znaczącym sensie, była to porażka polityczna.

W latach 90. Władimir Putin przeszedł więc przez doświadczenie bardzo podobne do tego, jakie miał Hitler w latach 1918-1919 i w latach 20. Mieli oni obaj poczucie, że wielkie mocarstwo zostało upokorzone i że muszą oni odbudować jego pozycję w świecie.

A sposobem na to jest polityka dominacji i agresji – w pierwszej kolejności wobec sąsiadów. I tak przez ostatnią dekadę Putin atakował sąsiadów i wchłaniał ich części. Teraz uciekł się do pełnowymiarowego ataku na suwerenne państwo.

Porównanie z Hitlerem jest słuszne i ważne do pewnego stopnia – do roku 1939. Bo nie wiemy, jak ta historia się skończy.

Pierwsze lata urzędowania Putina jako prezydenta były pomyślne dla niego i dla rozwoju gospodarczego Rosji. Putin współpracował z Zachodem i wszystko wydawało się iść w dobrą stronę. Dopiero później zaczął zmieniać swoje podejście. Czy na kilka lat porzucił poczucie upokorzenia? Jak Pan sądzi, dlaczego do niego wrócił?

Myślę, że istnieją dwa możliwe wytłumaczenia. Jedno jest takie, że w gruncie rzeczy Putin po prostu kupował czas, na pozór współpracując, ale w tajemnicy przygotowując się do pełnej konfrontacji. W tym celu musiał rozbudować rosyjską gospodarkę, a przynajmniej gospodarkę wydobywczą i wykorzystać pozyskane dzięki niej środki do rozbudowy armii. I wszystko to zrobił, zatem jest to możliwe wyjaśnienie.

Możliwe też, że widział Rosję wchodzącą we współpracę z Zachodem na mniej więcej równych zasadach. Hitler, rzecz jasna, chciał zrobić to samo. Początkowo miał nadzieję, że znajdzie się na tym samym poziomie co Imperium Brytyjskie i Stany Zjednoczone.

Jedynym sposobem, w jaki mógł wytłumaczyć odmowę zaakceptowania przez USA i Wielką Brytanię jego dominacji w Europie i jego polityki wewnętrznej było poczucie, że cierpią oni z powodu wymuszonej skruchy wywołanej wpływem Żydów, plutokratów i tak dalej.

Oczywiście, porównania są bardzo trudne, ale myślę, że istnieje pewna zbieżność z reakcją Putina na odpowiedź Zachodu na jego działania. Z punktu widzenia Putina, odbudowuje on pozycję Rosji jako aktora wobec NATO.

Politycznie, w czasie pomarańczowej rewolucji, wspierał on różne ruchy na rosyjskich peryferiach. To z kolei wywołało reakcję Zachodu, który zaproponował rozszerzenie NATO, a dobrym argumentem za rozszerzeniem Sojuszu była polityka Putina wobec jego sąsiadów.

Stało się to samospełniającą się przepowiednią. W pewnym momencie w 2006 lub na początku 2007 r. Putin robi zwrot, a przełomowym momentem jest jego słynne przemówienie na konferencji bezpieczeństwa w Monachium w lutym 2007 r., w którym ogłasza swój sprzeciw wobec Zachodu.

Nie sądzę, aby ten okres, w którym nie był on w otwartym konflikcie z Zachodem, oznaczał, że Putin nie miał zamiaru przywrócić Rosji roli ważnego gracza na arenie międzynarodowej. Miał on po prostu nadzieję, że uda się to zrobić bez tarć z Zachodem.

Podstawowy problem polega na tym, że minimalne wymagania Rosji dotyczące jej bezpieczeństwa, tak jak Putin je rozumie, są nie do pogodzenia z minimalną koncepcją bezpieczeństwa państw graniczących z Rosją.

Czy uważa Pan, że da się jakoś obie te koncepcje bezpieczeństwa pogodzić?

Nie, nie jest to do pogodzenia w ramach mentalności rosyjskiej. Myślę, że pod koniec lat 90. i na początku XXI w. byli oni przygotowani na stosunki z Zachodem, ale tylko takie, które uznawałyby ich prawo do dominacji nad Ukrainą, Białorusią i obszarami w tzw. bliskiej zagranicy.

To nigdy nie było zgodne z naszym rozumieniem praw tych ludzi do decydowania o własnej przyszłości. Jedynym rozwiązaniem było wprowadzenie ich do Unii Europejskiej i NATO na wczesnym etapie. Patrząc z perspektywy historyka na lata 90. ubiegłego wieku, uważam, że błędem było myślenie o rozszerzeniu NATO jako o procesie, podczas gdy powinno być ono konkretnym przedsięwzięciem.

Jest bardzo ciekawa książka Mary Sarotte „Not One Inch”, która opowiada o kontrowersjach związanych z rozszerzeniem NATO. Często błędnie rozumie się jej słowa, że NATO nie powinno było zostać bardziej rozszerzone. W rzeczywistości uważa ona, że nie należało rozszerzać go w sposób stopniowy, co i tak sprowokowało Rosję, a jednocześnie pozostawiło duże obszary poza NATO.

Natomiast o wiele lepiej byłoby po prostu od samego początku postawić jasną granicę – wszystko na wschód od tej linii to Rosja, a wszystko na zachód to Unia Europejska i NATO. Gdybyśmy osiągnęli to na Ukrainie najpóźniej około 2008 r., nie sądzę, aby doszło do wojny.

A więc Zachód ponosi przynajmniej częściową winę za to, co się dzieje?

Tak, na wielu różnych poziomach. Częściowo winna jest polityka wobec Rosji. Po 1991 r. Zachód nie nawiązał z Kremlem satysfakcjonujących stosunków. Ale to niezaangażowanie nie polega na tym, że należało uznać prawa Rosji do dominacji nad jej bliską zagranicą, lecz raczej na tym, że należało zrobić więcej, aby – jeśli to możliwe – przekonać Rosję do zachodniego sposobu myślenia.

Mogło być to niemożliwe. W takim wypadku mogliśmy przynajmniej zapobiec próbie przywrócenia przez Rosję kontroli nad bliską zagranicą. Jak już wspomniałem, powinniśmy byli wtedy mieć proces rozszerzenia, który byłby jednorazowy, a nie taki, który na każdym etapie prowokował Rosję, ale nie zapewniał bezpieczeństwa.

Mogę zrozumieć, dlaczego przyjęto taką politykę – ponieważ ortodoksja ówczesnych decydentów politycznych, a przy okazji także wykładowców akademickich na ten temat, jest taka, że warunkowość przyjęcia do UE i NATO jest bardzo pomocna przed ich przyjęciem. Zmusza się więc państwa do westernizacji. Ale porażka tego procesu, jak w przypadku Węgier, może wynikać stąd, że w tych państwach żyją ludzie, których zwesternizowanie jest trudniejsze.

Niezależnie od tego, nieprzyjęcie Ukrainy do struktur Zachodu od razu było błędem.

Z drugiej strony realiści w stosunkach międzynarodowych tacy jak John Mearsheimer uważają, że powinniśmy byli porzucić Ukrainę, bo w przeciwnym razie wojna będzie nieunikniona. I mamy wojnę…

John Mearsheimer to jeden z najbardziej wpływowych realistów w sferze akademickiej. Rozumiem tę argumentację. Michael Mandelbaum podnosił podobny argument w odniesieniu do rozszerzenia NATO, nawet 20 lat temu. Ja jednak nie sądzę, aby to podejście było realistyczne. Bo najbardziej realistycznym sposobem kontrolowania Rosji jest postawienie wyraźnej granicy między nią a nami.

Putin początkowo nie sądził, że my, Zachód, będziemy tak słabi. Na przykład na Ukrainie w 2014 r., gdy zajmował Krym – najpierw wysłał zielone ludziki, bo nie był pewien, jak zareagujemy. Gdyby wtedy zobaczył flotę NATO mówiącą: „wynoście się, to jest suwerenne państwo, zagwarantowaliśmy to w memorandum budapeszteńskim”. Myślę, że Putin by się wycofał. Jednak, kiedy zdał sobie sprawę, że nikt go nie powstrzymuje, po prostu kontynuował swoje działania. Zatem z punktu widzenia realistów właśnie taka reakcja powinna być skuteczna.

Tymczasem my powiedzieliśmy Ukrainie: „Nie wejdziecie do NATO. Nie wejdziecie do Unii Europejskiej”. Ale Putin zażądał, abyśmy nigdy ich nie wpuścili i by Ukraińcy obiecali, że nigdy o członkostwo nie poproszą.

A zatem strategia niewpuszczenia Ukrainy nie powiodła się. Jedyne, co się udało, to pozostawienie względnie rozbrojonej Ukrainy i względnie rozbrojonej Europy, które teraz muszą stawić czoła Putinowi. I to jest oczywiście kolejny błąd, który popełniono.

Jak wytłumaczyłby Pan to, że atak nastąpił 24 lutego, nie w zeszłym roku, nie za rok. Co wydarzyło się akurat teraz?

Strategia była w dużym stopniu podyktowana czynnikiem czasu. Putin mógł martwić się o swoje zdrowie. O to, czy ktokolwiek inny będzie w stanie zrobić to, co według niego mógł zrobić tylko on. Uznał więc, że przywrócenie pozycji dawnego Związku Radzieckiego jest projektem długoterminowym.

A potem coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że jest jedyną osobą, która może to zrobić.

Zatem, przez analogię do Hitlera wyobrażam sobie, że przez głowę Putina musiały przechodzić następujące myśli. Starzenie, niskie zaufanie do reszty siłowików (przedstawicieli sił zbrojnych lub – szerzej – państwowego aparatu przemocy) i ludzi z jego otoczenia. Uznał więc, że musi dokończyć swe dzieło teraz. Bo widział Ukrainę, która zaczynała się rozwijać gospodarczo coraz lepiej.

Widział coraz młodsze rosyjskie społeczeństwo, które mogło się od niego odsuwać. Martwił się też, że Europa mogłaby zacząć naprawdę działać wspólnie. Do tego uznał, że Joe Biden I Kamala Harris za stosunkowo słabych w porównaniu z poprzednikami.

Nie tyle z samym Trumpem, który był oczywiście głęboko ambiwalentny w kwestii Rosji, ale za to jego administracja była naprawdę twardą administracją. Na przykład wysłała do Europy Wschodniej o wiele więcej sprzętu niż Obama. I myślę, że Putin się tej administracji Trumpa autentycznie bał. Natomiast z różnych powodów nie bał się administracji Bidena.

Jeśli weźmie się pod uwagę wszystkie te czynniki, można zrozumieć, dlaczego mógł pomyśleć, że „teraz jest odpowiedni moment, by uderzyć”. Oczywiście, jego żądania wykraczają daleko poza Ukrainę.

Pierwotne ultimatum, jakie postawił, nie polegało jedynie na obietnicy, że nigdy nie wpuścimy Ukrainy do NATO, ale także na wycofaniu wszystkich sił NATO z jej wschodniej flanki. I to może być kolejne żądanie, gdy już opanuje Ukrainę. Tak więc podstawowym celem Putina jest całkowite wywrócenie europejskiego porządku bezpieczeństwa.

Czy uważa Pan, że my, jako kraj położony na wschodniej flance UE I NATO, mamy powody do obaw?

Tak, oczywiście. Ale myślę, że dzięki Ukraińcom mamy teraz mniej powodów do obaw niż wcześniej. To, co widzimy teraz, ma więcej analogii do Polski w 1939 r. niż do okupacji Czech i Moraw w marcu 1939 r., która, jak wiadomo, była bezkrwawa, a przynajmniej nie było walk, nie było oporu.

Gdyby Putin wkroczył na Ukrainę i w ciągu jednego dnia opanował cały kraj, stworzyłby atmosferę absolutnego terroru na wschodniej flance i w całej Europie, ponieważ wystarczyłoby powtórzyć mobilizację przeciwko państwom bałtyckim, Rumunii czy Polsce i powiedzieć, że siły NATO muszą się teraz wycofać, tak aby wywołać kompletny kryzys.

Już teraz mamy do czynienia z masowym napływem uchodźców z tych krajów do Europy Zachodniej. W tym sensie Ukraińcy kupili nam trochę czasu, a także trochę zrozumienia sytuacji. Ale tak, myślę, że powinniśmy się bać.

Atak na NATO prawdopodobnie oznaczałby III wojnę światową.

Mógłby, ale nie musiałby. Gdy Putin zacznie się mobilizować i grozić, wielu ludzi by szybko wyjechało, więc nawet bez walki mógłby przejąć całą – już wtedy względnie opuszczoną – flankę wschodnią. Jaki przemysł, jaki biznes zainwestuje w takich okolicznościach w Polsce, krajach bałtyckich czy Rumunii, a nawet w Niemczech?

Wróćmy do poprzedniej analogii. Czyli teraz Ukraina to Polska z 1939 r.?

W pewnym sensie tak. To znaczy, nie w takim, że teraz włączamy się w wojnę światową. Nie sądzę też, żeby to była Polska z 1939 r. w sensie militarnym.

Oczywiście, zawsze błędem historyka jest próba przewidywania czy analizowania bieżących wydarzeń, ale patrząc na to, myślę, że Putin będzie miał trudności militarne nawet z zajęciem tej jednej Ukrainy w wojnie konwencjonalnej. Dlatego myślę, że bardzo szybko będzie on toczył nie tylko wojnę konwencjonalną, ale i partyzancką.

A jaki jest Pańskim zdaniem teraz najlepszy scenariusz?

Cóż, najlepszy scenariusz to taki, że Putin zostanie obalony. Gorszym scenariuszem byłoby, gdyby w pewnym momencie uznał, że już mu wystarczy i się wycofał. Ale poza tym istnieje wiele różnych scenariuszy. Myślę, że całkiem prawdopodobne jest to, że będzie próbował nie tylko kontrolować wybrzeże Morza Czarnego, lecz także zaanektować całą Ukrainę na wschód od Dniepru.

A jeśli to zrobi, to moim zdaniem my będziemy musieli przyznać, że „to jest wasze terytorium”. A my nie uznajemy aneksji. I będziemy trzymać Rosję w „zamrażarce” przez dziesięciolecia. Tak długo, jak to konieczne.

Czy to nie jest poddanie się? Także w kwestii narodu rosyjskiego.

Myślę, że naród rosyjski zapłaci bardzo wysoką cenę. Siłowiki oczywiście się tym nie przejmują. Starsze pokolenie nie zrozumie, co się dzieje. Ale jeśli jesteś w wieku między 5 a 40 lat, to twoja przyszłość została przez Putina przekreślona. Wchodzisz więc teraz do tunelu bez światła, porównywalnego, a nawet gorszego od tego, który doświadczyli ludzie w Serbii czy Iranie.

Zachód jest dziwnym zjawiskiem. Z historycznego punktu widzenia przez długi czas jest w stanie znosić wiele rzeczy. Ale kiedy raz kogoś wykasuje, wtedy już bardzo trudno jest wrócić.

Ale czy westernizacja i liberalna demokracja to naprawdę jedyna słuszna droga?

Cóż, taka jest moja ideologia, i zdaję sobie sprawę, że to ideologia. Ale tak właśnie widzę świat. Co ważniejsze, jest to to, co uważam za prawdziwe w odniesieniu do sposobu, w jaki funkcjonuje świat i w jaki funkcjonują społeczeństwa.

Co się teraz stanie?

Rosję czeka poważny kryzys gospodarczy, który znacznie utrudni finansowanie tej wojny. Wojna będzie ich dużo kosztować. Obecnie nie sprzedają zbyt wiele ropy naftowej. Rosja wykrwawi się więc pod względem ekonomicznym, ale też psychologicznym i kulturowym. W Rosji istnieje ogromna klasa średnia, której przyszłość nie jest jeszcze stracona.

Trzeba też pomyśleć o efekcie demonstracyjnym dla Chin, które są drugim dużym graczem. Tak więc w kategoriach historycznych Ukraińcy zmienili historię, ponieważ gdyby Ukraina została szybko opanowana, stanowiłaby model dla okupacji Tajwanu. Tymczasem teraz mamy do czynienia z modelem oporu społecznego.

To, co zobaczymy teraz w odniesieniu do Federacji Rosyjskiej, to test laboratoryjny wykluczenia z systemu światowego. Oczywiście, Rosja była dotąd w zasadzie tylko wielką stacją benzynową. Ale teraz proszę pomyśleć, co stałoby się z Chinami, gdyby zostały odłączone gospodarczo od systemu światowego.

Tworzymy więc pewien model, efekt demonstracyjny dla świata i Chin. Rosja jest więc przykładem tego, co mogłoby się stać, gdyby doszło do ataku na Tajwan. Myślę więc, że z tych wszystkich powodów Ukraińcy prawdopodobnie zmienili bieg historii świata. Na lepsze.

Powiedział mi Pan wcześniej, że tak naprawdę to Niemcy stoją za sporą częścią tego bałaganu. Czy mógłby Pan rozwinąć tę myśl?

Tak, pod wieloma względami. Po pierwsze, jak Pani dobrze wie, Niemcy zawiniły swoją polityką energetyczną, która doprowadziła do ogromnego uzależnienia Berlina od energii rosyjskiej. Po drugie, poprzez tę politykę energetyczną przekazywali Putinowi ogromne sumy pieniędzy. Po trzecie, zawinili też poprzez blokowanie bardziej zdecydowanych działań przeciwko Putinowi na każdym etapie, nawet na krótko przed inwazją.

Nie jest więc prawdą, że nie wydano żadnych pieniędzy na pomoc dla Putina w zakresie broni. Niemcy wydali ogromne pieniądze na przekazanie Putinowi broni, ale sami nie wydali wystarczających środków na własną armię. To jest katastrofa dla Niemiec. Wszystko, w co Niemcy naprawdę wierzyli na temat tego, jak poradzić sobie z Rosją, zostało przez Putina całkowicie obalone.

Czy Niemcy teraz się wystarczająco rehabilitują?

Oczywiście, do pewnego stopnia. Wysyłają broń przeciwlotniczą, która jednak rdzewieje i jest nieskuteczna. To prawie jak symbol wszystkiego, co poszło nie tak. Ale wiadomo, lepiej późno niż wcale.

Czy w ostatecznym rozrachunku my Zachód pozwalamy dziś Putinowi niszczyć suwerenne, niepodległe państwo?

Moim zdaniem nie. Nie możemy mu na to pozwolić. Dlatego musimy wspierać Ukraińców wszelkimi środkami, które nie przekroczą progu, za którym czekałaby na nas wojna światowa.

Gdyby jednak zagroził nam bronią jądrową, aby, na przykład, powstrzymać nas od dostarczania Ukraińcom broni przeciwpancernej lub zmusić do wycofania wojsk NATO z Europy Wschodniej, to moim zdaniem powinniśmy odrzucić takie ultimatum.

Nie sądzę, abyśmy mogli żyć pod groźbą szantażu nuklearnego. W pewnym momencie musimy stawić czoła nawet tej groźbie, w przeciwnym razie równie dobrze możemy się od razu poddać.

*Prof. Brendan Simms – jeden z czołowych brytyjskich historyków. Profesor historii stosunków międzynarodowych i dyrektor Centrum Geopolityki na Uniwersytecie Cambridge.


Zdjęcie: Władimir Putin jako nowy Adolf Hitler? / Is Putin a new Hitler? [Zdjęcie: https://pl.wikipedia.org/wiki/Adolf_Hitler#/media/Plik:Bundesarchiv_Bild_183-S33882,_Adolf_Hitler_retouched.jpg / https://twitter.com/KremlinRussia_E/status/1499027883163107332/photo/1 / Opracowanie graficzne EURACTIV.pl]